Ubóstwo dotyczy różnych sfer naszego życia – podkreśla s. Joanna Ciemięga. – Każdy z nas jest poraniony, ma jakieś swoje zniewolenia, złe przyzwyczajenia, grzechy, tylko na zewnątrz jesteśmy czyści i uporządkowani, a po naszych ubogich widać, że im się wszystko zawaliło – tłumaczy albertynka.
Ecce homo
– Kiedyś znalazłam się na melinie. Brud i smród. Na podłodze w brudnych szmatach leżał mężczyzna. Był mocno pobity. Miał połamane nogi i rękę. Od 3 dni nie wstawał z tego barłogu. Wtedy, patrząc na tego człowieka, po raz pierwszy doświadczyłam, co oznacza nasz albertyński charyzmat i jaki to był heroizm, że Brat Albert zamieszkał z takimi ludźmi – opowiada s. Renata Dudzik. To historia sprzed 25 lat, kiedy s. Renata jako młoda albertynka zaczynała pracę z ubogimi. Teraz ma za sobą lata posługi w Krakowie, Andrychowie, Wadowicach, a także w Stanach Zjednoczonych, ale jak mówi, do charyzmatu swojego zgromadzenia wciąż dorasta.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Siostry albertynki, kierując się duchowością św. Brata Alberta, założyciela zgromadzenia, pomagają osobom bezdomnym, zaniedbanym, wykluczonym ze społeczeństwa, opiekują się osobami chorymi i starszymi. Prowadzą m.in. przytuliska, kuchnie dla ubogich oraz placówki opiekuńcze.
Reklama
– Każdy spotkany człowiek to historia – kontynuuje s. Renata i uwrażliwia, by zbyt łatwo nie oceniać osób żyjących na marginesie. – Gdy poznaję ich życie, często sama nie wiem, co bym zrobiła na ich miejscu. Dlatego nigdy nie oceniam danego człowieka. Mam świadomość, że za niego Jezus też umarł i że kocha go tak samo jak mnie. Choć nie jest tak, że zawsze potrafię w nim zobaczyć Oblicze Pana Jezusa, bo czasem naprawdę się nie da – przyznaje z rozbrajającą szczerością. – Zewnętrznie może chodzić o kawałek chleba, ciepłe ubranie, prysznic, nawet znalezienie mieszkania czy chwilę rozmowy, ale wierzę głęboko, że to są „narzędzia” do tego, aby pomóc człowiekowi powstać i uwierzyć, że ma swoją godność. I mimo że popełnił wiele błędów i jest w tragicznym momencie życia, to nie przestał być dzieckiem Bożym – zaznacza s. Joanna.
Jednym z powodów, z których ktoś trafia na ulicę, jest uzależnienie, najczęściej alkohol. – Niektórzy wybierają takie życie, przyzwyczajają się do niego, większość jednak tęskni za normalnością. Często słyszałam, jak mówili: „Co ja bym dał, żeby wypić jedno piwo, otrzeć gębę i odejść”. Ale potem jest kolejne i wpadają w ciąg – tłumaczy s. Renata i opowiada historię chłopaka, który od jakiegoś czasu przychodzi do Kuchni św. Brata Alberta w Krakowie. – Wiek ok. 40 lat, żona, dwoje dzieci, dom, wykształcona rodzina – siostra prawnik, matka i brat nauczyciele. Gdy odeszła od niego żona, został sam z dziećmi i po prostu sobie nie radził. W końcu odebrano mu dzieci do rodziny zastępczej, a on to zapijał, bo mu się dzieci po nocach śniły. Większą część czasu spędza na ulicy, a to naprawdę dobry człowiek – mówi s. Renata.
Szansa na życie
Ich życie często było walką o przetrwanie. Doznały odrzucenia, wykluczenia społecznego. Niektóre otarły się o śmierć. Szansę na normalne życie otrzymały, gdy trafiły do Domu Pomocy Społecznej im. św. Brata Alberta prowadzonego przez Zgromadzenie Sióstr Albertynek w Poraju.
Reklama
– Nasze panie zwykle pochodzą z rodzin patologicznych, w których były przemoc i alkohol – informuje s. Bernadetta Tomaszewska. – Niektóre są u nas już od 40 lat, przyszły jako osoby młode i teraz osiągają wiek senioralny. Niektóre trafiły do nas później, ok. 50. roku życia, ponieważ wcześniej opiekowali się nimi rodzice. Nasza najmłodsza podopieczna ma 25 lat, najstarsza – 95, ale umysłowo i emocjonalnie funkcjonują na poziomie rozwojowym kilkuletniego dziecka – tłumaczy siostra. – Praca z nimi odbywa się na wielu płaszczyznach: nad zmianą zachowania, stylu życia, uspołecznieniem. Jest to praca bardzo wymagająca i trudna, której efekty widać w większości przypadków dopiero po latach. W świecie promującym młodość, zdrowie i piękno zewnętrzne nasze panie są zupełnie na marginesie, bo nie mieszczą się w żadnym z tych kanonów – dodaje.
Na przykład 27-letnia Ola. Do DPS trafiła kilka lat temu. – Była jak dzikie zwierzątko. Nie pozwalała się dotknąć, kopała, gryzła, przeklinała. Powoli jednak nauczyła się samodzielnie jeść, ubierać i bez agresji komunikować swoje potrzeby. Niedawno po raz pierwszy przyszła się do mnie przytulić. Coraz częściej się uśmiecha, ma koleżanki – opowiada s. Bernadetta. Takich przykładów jest dużo więcej, ponieważ praca i determinacja sióstr przynoszą ogromne efekty. Ich podopieczne powoli wychodzą ze skorup, w których zamknęły się przed światem. Zaczynają żyć, rozwijają pasje i zainteresowania. Wiele z nich jest też uzdolnionych artystycznie. I co ważne – zaczynają być obecne w społeczeństwie.
Nowe biedy
Mają za dużo, by państwo udzieliło im pomocy, a za mało, by mogli się samodzielnie utrzymać. Ten dziwny finansowy paradoks dosięga coraz większej grupy seniorów. – Miałam takiego pana, co 2 lata nie zażywał leków, bo nie miał ich za co wykupić. I to są teraz coraz częstsze przypadki. A te osoby same do nas nie przyjdą, bo wstydzą się poprosić o pomoc, więc my musimy ich szukać – tłumaczy s. Renata.
Reklama
Z niepokojem obserwuje też występowanie nowego zjawiska, którym jest ubóstwo związane z niezaradnością życiową młodych. Do placówek prowadzonych przez siostry zgłasza się coraz więcej osób w przedziale wiekowym od 25 do 30 lat. Czasem wydaje się, że osoby te mają też jakieś zaburzenia psychiczne. – Codziennie rano rozdajemy kanapki. W kolejce stoi zwykle ok. osiemdziesięciu osób i co druga z nich to młody człowiek. To jest przerażające, bo przecież to są ich najlepsze lata życia. Ci młodzi powinni pracować, zakładać rodziny – mówi siostra. I dopowiada: – Większą biedą niż ta materialna jest brak obecności drugiego człowieka. Tej pierwszej łatwiej też zaradzić, zawsze znajdą się jakiś sponsor i pieniądze. Bieda duchowa, emocjonalna i moralna są dużo trudniejsze do zaspokojenia.
Pieniędzy nie daję
Mądre pomaganie to sztuka. Dzieląc się swoim doświadczeniem, s. Renata doradza: – Osobom, które zaczepiają mnie na ulicy, pieniędzy nigdy nie daję, mówię im, że mogę kupić chleb albo kanapkę. Choć nie sądzę, żeby w Krakowie czy w innych dużych miastach ktoś był głodny, ponieważ działają tam różne punkty pomocy, w których można otrzymać jedzenie i ubranie.
W razie osobistych dylematów, komu i jak pomóc, by faktycznie pomóc, a nie zaszkodzić, s. Renata podpowiada jeszcze jeden sposób – modlitwę. Wyznaje: – Zawsze rano modlę się do Ducha Świętego, żeby mi przyprowadzał ludzi, którym trzeba pomóc, i wskazywał, jak mam im pomóc. Pan Bóg ma swoje drogi do człowieka i najlepiej to wie.
Kontakt: www.albertynki.pl
e-mail: powolania.rzaska@gmail.com




